Felietony o podróżach na łamach Connoisseur Circle Connoisseur Circle Numer 4/2011Poznałem ciekawego człowieka Artur SikorskiPrezes zarządu Law & Partners Foundation, dyrektor zarządzający Law & Partners Ltd.
(Londyn, Wielka Brytania). Szef zespołu ekspertów specjalizujących się w rekomendowaniu
podmiotów z rynku dedykowanych usług prawnych.
Co mnie gryzie?
Ostatnio czytałem Winston Churchill - WizjonerHelge Hesse Wydawnictwo: Emka, 2009 |
Ostatnia aktualizacja 20.02.2012
Bezinteresowna przyjaźń może istnieć tylko pomiędzy osobami o jednakowych dochodach
Poznałem ciekawego człowieka
Marek Kamiński
CZWARTEK, 03-03-2011
Strona Fundacji Marka Kamińskiego - www.kaminski.pl Strona Marka Kamińskiego + blog - www.marekkaminski.com
Przerwałem studia i wyjechałem do Niemiec, do Hamburga. Przez dwa lata nie dostawałem paszportu, ale na szczęście tym razem nikt nie robił mi trudności. Dość dobrze znałem już język niemiecki, bo na lektoracie mieliśmy wymagającą nauczycielkę. Od razu po przyjeździe zacząłem chodzić do Instytutu Goethego i dalej uczyłem się języka, a potem – po dostarczeniu dokumentów z Uniwersytetu Warszawskiego – przyjęto mnie na studia filozoficzne na tamtejszej uczelni. Kiedy w konsulacie w Kolonii czekałem na zgodę związaną z przedłużeniem pobytu i pieczątkę uprawniającą do wielokrotnego przekraczania granicy, ktoś powiedział, że ,,choćbyś nie wiadomo, co tutaj robił, i tak nie będziesz miał własnej ziemi pod nogami’’. Uświadomiłem sobie wtedy, że Niemcy to tylko przystanek. Ale nie miałem wyjścia, trzeba było zupełnie dosłownie walczyć o przeżycie. Jako student miałem pozwolenie na pracę: byłem ogrodnikiem, rozwoziłem pizzę, zmywałem naczynia, pracowałem na targach dla firmy zajmującej się elektroniką jachtową, przy rozładowywaniu kontenerów w porcie, byłem kierowcą ciężarówki. Ciekawe doświadczenia, naprawdę. Uznałem wtedy, że każda okazja jest dobra, żeby się czegoś nauczyć, a jak było mi bardzo źle, pisałem pamiętnik. Uczyłem się także innej, niemieckiej mentalności. Na początku nie do końca zrozumiały był dla mnie fakt, że na czerwonym świetle żaden pieszy nie przechodził na drugą stronę ulicy mimo pustej na kilometr drogi. Pracę dostawałem dzięki spółdzielni studenckiej, a tam obowiązywał system, że kto szybciej przyszedł i dostał wyższy numerek, ten przy losowaniu ofert pracy miał większe szanse na zatrudnienie. System był sprawiedliwy i inteligentny, po niemiecku dokładny i podobał mi się. Zarabiałem pieniądze, żeby się czegoś nauczyć i przetrwać. Z drugiej strony zanurzyłem się w akademickiej atmosferze, dużo czasu spędzałem w bibliotece, miałem przyjaciół i znajomych. Cóż to była za przyjemność czytać w oryginale prace Ludwika Wittgensteina, autora słynnego ,,Traktatu logiczno-filozoficznego’’, moją ulubioną postać jeszcze z czasu studiów w Warszawie. Mimo to byłem pewien, że nie zostanę w Niemczech na stałe, to miał być tylko etap, przygotowujący do dalszej wędrówki. Wędrówki w sensie przenośnym, metaforycznym, ale także dosłownym. Wtedy jeszcze myślałem o Afryce, Ameryce, Australii. Ale jednocześnie dokładnie i z wielkimi emocjami przeczytałem artykuł Erlinga Koggego i Børge'a Ouslanda w „National Geographic” o zdobyciu bieguna północnego przez Norwegów. Jeszcze na studiach zaczęliśmy z Jurkiem Andrzejukiem od firmy zajmującej się przedmiotami marynistycznymi, modelami okrętów, elementami wyposażenia statków, które kupowaliśmy w Polsce i sprzedawaliśmy w sklepach w Hamburgu. Biznes rozwijał się do momentu, gdy Niemcy zostały zalane przez tanie produkty z Chin; rynek się skurczył i trzeba było poszukać sobie innego zajęcia. Postanowiliśmy z Jurkiem, że pół roku będziemy pracować, a drugie pół podróżować, co oczywiście w praktyce okazało się niemożliwe. Trudno mi było wyobrazić sobie, że znajdę pracę jako filozof, a jednocześnie będę podróżował. Przy moich planach podróżniczych musiałem jednak gdzieś zarabiać pieniądze. W pewnym momencie zainteresowałem się nowoczesnymi, włoskimi zaworami kulowymi do instalacji wodnych. Zobaczyłem w tej branży szansę dla siebie, bo w Polsce rynek instalacyjny dopiero raczkował. Zabrałem się do tematu ,,systemowo’’, mając w pamięci pierwsze doświadczenia przy organizacji wypraw polarnych: zamówiłem katalogi, przeprowadziłem coś w rodzaju analizy rynku i gdy okazało się, że w Polsce zawory są kilkakrotnie droższe niż w we Włoszech, zamówiłem pierwszą partię. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. W ten sposób w 1992 r. powstała firma Gama San. Jej historia rozpoczęła się od sprowadzania zaworów kulowych. Zaczynałem od zera, razem ze mną powstawało wiele różnych firm, bo były to pionierskie czasy polskiej gospodarki rynkowej, okres transformacji ustrojowej. Założenie firmy potraktowałem jako nową przygodę, konstruowanie systemu, który powinien być sprawny jako całość: poznawałem zasady marketingu, logistyki, księgowości. Ta praca sama w sobie była także przestrzenią wolności, dawała poczucie tworzenia czegoś nowego, umożliwiała realizację własnych planów. Budowa firmy przypominała trochę przygotowania do wyprawy, zresztą oba światy musiałem przez wiele lat skutecznie łączyć. Firma była zawsze jednym projektem, a konkretna wyprawa drugim. Istniało wiele podobieństw między obiema sferami: w projekcie każdej ekspedycji pierwsza była faza marzeń, potem planowanie, bliższe poznawane różnych związanych z projektem dziedzin i nagle wszystko stawało się rzeczywistością. W firmie było identycznie. Doświadczenia w zarządzaniu wykorzystałem potem podczas organizacji wypraw, pomogły mi one rozwiązać wiele konkretnych problemów. W ten sposób doświadczenia z wypraw inspirowały rozwój firmy i odwrotnie, doświadczenia z firmy pomagały w organizacji wypraw, a więc oba te wątki nawzajem się przeplatały. Przed trzema laty kupiłem w Nowym Jorku książkę – w Stanach Zjednoczonych okazała się bestsellerem – o zarządzeniu ludźmi w firmie przez pryzmat doświadczeń wyprawy Ernesta Shackletona na biegun południowy w latach 1908-1909. Widać więc, że oba światy się ze sobą przeplatają, i to zupełnie dosłownie. Słynny brytyjski polarnik zaobserwował na przykład, że słabsi fizycznie i mniej odporni członkowie wyprawy zaczynają się łamać i próbują zawiązywać ciche koalicje z innymi albo otwarcie podkopują autorytet szefa. Shackleton postanowił słabsze osoby trzymać po prostu blisko siebie; dzięki temu mógł obserwować ich zachowania, dodatkowo je motywować. W różnych doświadczeniach Brytyjczyka zacząłem odnajdywać własne przeżycia i odkrywać podobne doświadczenia, łączące świat przygody i sferę zarządzania ludźmi. W budowaniu modelu przedsiębiorstwa pasjonujące było odkrywanie czegoś nowego i kreowanie nowej rzeczywistości. To było uczucie, które rodzi się, gdy powstaje coś z niczego. Czułem się odkrywcą. Jak na biegunach odkrywałem, co jest niezbędne do powodzenia przedsiębiorstwa. Planowałem pracę całej organizacji, jej strukturę, działy, stanowiska, wciągnęło mnie pokonywanie kolejnych barier. I tak powstała duża firma z centralą w Koszalinie i Gdańsku, centrum logistycznym w Łodzi, oddziałami w Warszawie i Katowicach, posiadająca sprawną sieć dystrybucji w całej Polsce. Otrzymała wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, których nie potrafię nawet zliczyć.
Od 1995 r. przestałem aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu firmą. Był to rok dwóch biegunów, trzeba było drobiazgowo przygotować się do obu ekspedycji. Kierowanie Gama San powierzyłem prawie całkowicie zarządowi. Ponieważ firma się rozrosła, w 1999 r. przekształciliśmy ją w spółkę akcyjną, w której mój ojciec został prezesem, a ja przewodniczącym rady nadzorczej z większościowym pakietem udziałów. Myślę, że sukces Gama San leży w sensownym modelu teoretycznym – i tutaj sprawdziła się moje przekonanie, że najlepszą praktyką jest dobra teoria – ale przede wszystkim w ludziach, w kompetentnej ekipie. Miałem chyba szczęście do ludzi, bo wiele osób, które zatrudniliśmy na początku, pracuje z nami do dziś. Przez pierwsze lata nie było łatwo mnie – nowicjuszowi po studiach filozoficznych, odnaleźć się w roli czynnego przedsiębiorcy, twardo walczącego o miejsce na rynku. Historia Gama San to nie tylko ciąg sukcesów, to także wiele porażek, prób z wprowadzeniem nowych produktów, które nie sprawdziły się później na rynku, nietrafionych partnerów handlowych z kiepskiej jakości wyrobami czy nieuczciwych kontrahentów. James Joyce, autor słynnego ,,Ulissesa’’, powiedział kiedyś, że błędy człowieka są drzwiami do jego odkryć. I tak to jest: powiem kolokwialnie, że pewne dziedziny, którymi próbowaliśmy się zajmować, po prostu nam ,,nie wypaliły’’. Myślę o energii słonecznej i wiatrowej, o pojazdach elektrycznych i wielu futurystycznych produktach. To są jednak błędy w granicach normy. Przypadki, że nie sprawdził się jakiś produkt, że zawodzą ludzie, wpisane są w działalność każdej firmy. Tylko ten, kto nic nie robi, nigdy nie popełnia błędów. Nie rozpamiętywałem jednak porażek. Wiedziałem, że niepowodzenie to przepustka do osiągnięcia sukcesu, trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej. I nie mieć pretensji do siebie, do losu i do ludzi, którzy nas zawiedli. Cierpliwość się opłaciła, bo po dwóch latach nastąpił przełom: kilka tygodni po powrocie z trawersu Grenlandii pojechałem do Włoch, do Serafino Cropelliego, jednego z naszych dostawców, gdzie rozmawiałem o interesach i wypoczywałem wraz z jego rodziną nad uroczym Jeziorem Garda na północy kraju. Jeszcze przed chwilą walczyłem o przetrwanie w Arktyce, a teraz przeżywałem kilka dni prawdziwej idylli, sielanki nad otoczonym górami, krystalicznie czystym jeziorem. Serafino, który znał nas jako solidnego partnera, zaproponował sprzedaż linii produkcyjnej do produkcji wężyków w oplocie stalowym – można je spotkać chociażby w każdej domowej instalacji wodnej. Modernizował własną linię i zgodził się wymieniane maszyny odstąpić mi po przystępnej cenie, rozkładając płatność na raty. Długo się po powrocie do Polski nie zastanawiałem; popyt na wężyki był wtedy u nas ogromny. Najlepszą praktyką jest dobra teoria. Zdobywałem wiedzę o prowadzeniu firmy, czytałem fachowe książki, uczestniczyłem w wielu kursach i konferencjach, ukończyłem podyplomowe studium dotyczące nowoczesnych metod zarządzania, zorganizowane przez Gdańską Fundację Kształcenia Menedżerów. Zajęcia w formie warsztatowej prowadzone były najczęściej w języku angielskim, przez wykładowców z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Norwegii. Tam poznałem podstawy prowadzenia firmy; marketing, finanse i księgowość, logistykę. Edukacja w gdańskiej fundacji wyposażyła mnie w dobre narzędzia, które potem wykorzystywałem w firmie. Dzięki temu na przykład kontakty handlowe od razu nawiązywałem na branżowych targach w Poznaniu czy w Gdańsku, a nie traciłem czasu gdzie indziej. Poza tym nauczyłem się uważnie obserwować rynek, aby szybko wyciągać wnioski. Przed kilkoma laty wprowadziliśmy nową markę produktów Invena, która obejmuje całą linię artykułów do systemów grzewczych i sanitarnych. Znajomi, którzy budowali albo remontowali domy, często radzili się, z jakich produktów skorzystać; jakie zamontować rury, jakie grzejniki i złączki. Dało mi to do myślenia, bo w tym gąszczu propozycji gubili się nawet doświadczeni instalatorzy. Z tego, że ciągle szukaliśmy nowych rozwiązań, że staraliśmy się być innowacyjni, wziął się pomysł marki Invena, pod którą sprzedajemy coraz więcej firmowych produktów. Produkujemy je sami albo zlecamy ich wykonanie innym firmom. W konsekwencji w styczniu 2009 r. zmieniła się także nazwa firmy: z Gama San na Invena. Nie zajmuję się już na co dzień zarządzaniem firmą, ale staram się wspierać ją pomysłami, uczestniczę w firmowych spotkaniach, wzmacniam w działaniach public relations, a marka Invena towarzyszyła wyprawie z Jasiem Melą, bo moja firma była jednym z jej sponsorów. Obecnie poświęcam się przede wszystkim projektom realizowanym w Fundacji, dużo podróżuję i piszę książki; jednocześnie z wywiadem-rzeką pracuję teraz nad książką dla dzieci. Dzięki doświadczeniom związanym z tworzeniem i rozwojem firmy łatwiej mi pewnie znaleźć kontakt z menedżerami i pracownikami dużych korporacyjnych firm, banków, towarzystw ubezpieczeniowych, dla których prowadzę wykłady o osiąganiu celów, o tym, jak niemożliwe staje się możliwe, i o wyprawach na krańce marzeń. Moi słuchacze – ludzie biznesu - szukają przede wszystkim niepowtarzalnych, autentycznych doświadczeń, czegoś, co może być dla nich inspirujące w rozwoju zawodowym i osiąganiu celów. Mam wrażenie, że jako człowiek, który zrealizował kilka trudnych polarnych projektów, jestem dla moich słuchaczy przekonujący. Doświadczenie menedżerskie mam takie, jak wielu ludzi w Polsce. Próbowałem na pierwszym takim zamkniętym spotkaniu budować teoretyczne modele moich wypraw, ubierać to w różne diagramy, schematy i opisy, ale choć dostałem na końcu oklaski, czułem, że nie udało mi się nawiązać żywej relacji z ludźmi. Przy następnych spotkaniach zrezygnowałem już z dostosowywania moich doświadczeń do terminologii biznesowej, za to zacząłem opowiadać o konkretnych problemach i ich rozwiązywaniu w drodze na bieguny. Dokładnie tłumaczyłem, jak to było z Grenlandią, z biegunem północnym i Antarktydą, a jak z przejściem Pustyni Gibsona w Australii. Muszę powiedzieć, że czasami reakcje ludzi na sali były wzruszające. Udawało mi się na godzinę wprowadzić słuchaczy do innego świata. Ostatnio rozmawiałem z prezesem stacji HBO o tendencjach w światowym filmie dokumentalnym i o tym, co możemy razem zrobić. W trakcie dyskusji okazało się, że dobrze wspomina mój wykład, na którym był obecny. Ekspedycje podróżnicze były przedsięwzięciami w dużym stopniu wymagającymi umiejętności menedżerskich, organizacyjnych, logistycznych, zarządzania ryzykiem i sytuacjami kryzysowymi, umiejętności przywódczych. Okazało się, że doświadczenia z wypraw doskonale pasują do różnych dziedzin biznesu i pokazanie menedżerom, że niemożliwe staje się możliwe, jest dla nich inspirujące. Każdy może realizować swoje marzenia, ale trzeba je wcześniej rozpisać na wiele kroków; dotyczy to wszystkich dziedzin życia. Ostatnio ograniczam jednak liczbę publicznych wystąpień: dostaję tak wiele zaproszeń, że nie jestem w stanie być wszędzie. Stąd pomysł, aby w ramach Instytutu Marka Kamińskiego, który niedawno założyłem, zorganizować serię wykładów, które zostaną zapisane na płytach DVD. Myślę również o wykładach holograficznych. Chcę też prowadzić wirtualne prelekcje przez internet. Doświadczenia z wypraw przyniosły mi tak bogaty materiał, że na tej podstawie buduję wiele tematów wystąpień – w zależności od profilu firmy czy ludzi, którzy przyjdą mnie wysłuchać. Dotyczą one na przykład zarządzania projektem i ryzykiem, osiągania celów i pracy zespołowej; to jest naprawdę cały mikrokosmos tematów. Chodzi mi cały czas po głowie cykl wykładów, który stanowiłby wsparcie niekoniecznie dla biznesmenów, ale także dla młodych ludzi, którzy stoją na progu kariery zawodowej, oraz dla tych, którzy stracili nadzieję, dla osób niepełnosprawnych czy w jakiś sposób poszkodowanych przez los. Każdy ma przecież w życiu swoją szansę; wszystko dzieje się w naszych głowach.
Przykłady takich projektów jak YouTube i Google pokazują, że firma może powstać prawie wyłącznie dzięki ludzkiej myśli, z niewielkim udziałem pieniędzy. Bo pieniądze nie są najważniejsze przy otwieraniu własnej firmy; ja także zaczynałem od zera i wiem coś o tym. Kluczem w każdym projekcie jest innowacja, wymyślenie czegoś nowego, co się przyjmie i jest potrzebne innym. Wielu ludzi w różnym wieku realizuje własne pomysły biznesowe i sprawia im to radość. I nie muszą to być spektakularne, wielkie projekty. Może trzeba chociażby co rano przynosić mieszkańcom własnego osiedla świeże bułki i gazetę, bo część osób nie ma na to czasu, ale chętnie za to zapłaci? Wydaje mi się, że dobrym pomysłem na dzisiaj jest designer – osoba, która zajmie się zaproponowaniem rozwiązań i wykonaniem remontu wraz z nadzorem nad pracownikami przy remontach mieszkań i domów. W czasach, kiedy ludzie nie mają na nic czasu, taki zawód może być bardzo potrzebny. Ale takich pomysłów są tysiące. Trzeba jednak zaczynać od tego, co jest ludziom dziś, a najlepiej co będzie jutro potrzebne. Bez pasji i radości z tego, co robimy, nie osiągniemy wiele w żadnej dziedzinie. A więc trzeba szukać dla siebie miejsca, szukać… Ważne, aby przy podejmowaniu przedsięwzięć biznesowych zastanowić się nad rozłożeniem akcentów: czy chcemy tylko zarabiać pieniądze, czy także coś stworzyć, a może tylko dobrze się bawić? Bo trzeba sobie zdawać sprawę, że jeżeli zależy nam przede wszystkim na zarabianiu dużych pieniędzy, to trzeba się temu całkowicie poświęcić i wtedy nie ma już czasu na nic innego. Gdybym więcej uwagi poświęcił firmie, nie mógłbym przygotowywać wypraw, a bez wypraw nie wyobrażałem sobie życia; one dodawały mi energii, potrzebnej do organizowania innych przedsięwzięć. Firma może byłaby dzisiaj kilka razy większa, ale ja w pewnym momencie podjąłem decyzję: wystarczy mi taki poziom, jaki jest, ale muszą być wyprawy. Z drugiej strony, jeśli nie założyłbym firmy, nie zarabiał pieniędzy, byłbym pewnie bardziej zależny od zewnętrznych okoliczności, na przykład od pracy na etacie ,,od do’’, urlopów itp. Wydaje mi się, że znalazłem między biznesem a wyprawami harmonię. Wspominałem już o dobrych stronach życia w różnych światach, bo gdzie się schronimy, jeżeli postawimy tylko na pieniądze i coś nam przestanie wychodzić? Znamy to przecież już z Biblii: ,,Łatwiej bowiem wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego’’. Być może chodzi w tych proroczych słowach o niezgodę na świat tak pełen rzeczy, że nie ma w nim miejsca na miłość do drugiego człowieka i do Boga. Jest w tych słowach Jezusa zawarta jakaś głębsza mądrość, bo nie chodzi przecież o proste potępienie bogacenia się. Uważam, że nie jest ważne, czy ktoś zarabia więcej czy mniej; chodzi o to, co mamy w sercu. Ważna jest nasza perspektywa; czy patrzymy na biznes tylko z punktu widzenia zarabiania coraz większych pieniędzy, czy chcemy czegoś więcej. Żeby nie było wątpliwości: ja nie uważam, aby któraś perspektywa była ,,moralnie’’ lepsza, ale dzielę się jedynie tym, co sam przeżyłem. czytaj wiecej Artur Sikorski Gosia Skorwider Paweł Rychliński Marcin Maj Marcin Maciąg SEGMENTACJA KLIENTÓW Joanna Smolińska Andrzej Krzemiński, prezes zarządu EFL S.A., Ekspert Rady Programowej Fundacji INSTYTUTU COPERNICUS: Voice Of Employee, Głos Pracownika, badanie opinii pracowników. Dr Dariusz Woźnicki, do roku 2006 zastępca dyrektora Centralnego Biura Śledczego KG Policji, Ekspert INSTYTUTU COPERNICUS: Architekt podstaw systemu - nowoczesny przywódca. Rozwiązania systemowe jako skuteczne narzędzie zwalczania przestępczości korupcyjnej Piotr Krzysztof Stengert |
![]() |
Masz konstruktywne pytanie?Zapraszam do kontaktu ze mną! Kliknij i pisz |

